Ostatnie tango w Warszawie

Długo jechaliśmy na ten koncert. Udało nam się nawet wybrać wcześniej, ale w Warszawie i tak byliśmy później niż można się było tego spodziewać. Cztery godziny podróży, na które mieliśmy cichą nadzieję, do siedmiu rosły powoli, wolno sącząc z nas entuzjazm.

O tym, że na kursie tańca w szkole nie lubiłam tanga, przypomniałam sobie gdzieś na granicy Śląska i Zagłębia. Ten chłopak trzymał mnie jakoś tak... za blisko. I chociaż nic nie mówiliśmy - trudno nam się było dogadać – usprawiedliwiałam się sama przed sobą, kiedy zrezygnowałam.

- Dziś miałabym w sobie więcej pasji – pomyślałam już w hotelowym pokoju, mierząc się w lustrze. Nowa sukienka uwiodła mnie w sklepie aksamitną różą. Zapowiadał się wyjątkowy wieczór. Pierwszy od lat w teatrze, pierwszy po długiej przerwie koncert. "Tango Reunion" przeczytałam tytuł płyty nim włożyłam ją do torebki. A gdy dystyngowany starszy pan otworzył mi przed hotelem drzwi taksówki, poczułam, że wyruszam w inny świat.

Daniel Binelli objechał z Astorem Piazzollą Brazylię, Chile, Hiszpanię Włochy, Niemcy... . 6 października zagrał w teatrze Krystyny Jandy. Na pustą scenę wszedł, gdy na sali zrobiło się ciemno. Obok krzesełka, na którym przysiadł, czekał bandoneon - "fetysz tanga" – jak przeczytałam potem w metryczce płyty Global Bridge, "instrument bez którego nie obejdzie się żaden zespół tangowy na świecie". Więc to nie akordeon – pomyślałam, gdy tylko wybrzmiały pierwsze dźwięki - choć dla kogoś takiego jak ja, ze słyszenia łudząco do niego podobny. Nie na tyle jednak, by Grzegorz Frankowski, spirytus movens obu muzycznych projektów, mógł na nim poprzestać. - Akordeon byłby pójściem na łatwiznę – przyznaje, a o propozycji wspólnego koncertowania z Binellim wspomina w kategoriach cudu.

Po stanowiącym prawdziwy popis wirtuozerii intro, pojawiła się przy fortepianie Polly Ferman, rodem z Urugwaju, jedna z najznakomitszych wykonawczyń muzyki obu Ameryk. Ona w czerwieni, on w czerni, w wąskiej smudze światła tworzyli wyjątkową parę. Publiczność szybko pozwoliła oczarować się tym dwojgu, a gdy dołączyli do nich Frankowski - kontrabasista, prekursor tango nuewo w Polsce, Paweł Wajrak - wybitny skrzypek klasyczny, obecny we wszystkich czołowych polskich projektach tangowych i znany z polskiej sceny jazz-rockowej gitarzysta Maciej Mąka, byliśmy już jedną nogą w dalekim Buenos Aires. Wraz z ich pojawieniem się na scenie, nie sposób było nie pomyśleć, cóż wyniknie ze spotkania gorącej Ameryki Południowej i kraju takiego jak Polska - dla latynoskiego Kowalskiego – o krok od Bieguna Północnego.

"To nie przypadek, że Daniel - prawdziwa agrentyńska ikona, wybrał właśnie Grzegorza i jego muzyków do projektu nagrania koncertu z udziałem Polly" – tak o wspólnym dziele muzyków napisał obecny na koncercie ambasador Argentyny w Polsce. Grzegorz Frankowski opowiada tango po swojemu "własnymi dźwiękami". Nie przeszkadza to Binellemu, co więcej, wydaje się, że właśnie o to chodzi. Przecież dramatyczne i melancholijne tango nuewo, którego Argentyńczyk jest niezrównanym mistrzem, to z definicji nowe kompozycje inspirowane tradycją tanga z elementami rodzimej tradycji ich twórcy. Nostalgiczne tango Frankowskiego, niosące z sobą opowieść tak różną od refleksji i tęsknoty zaklętej w tangu Piazzoli, musiało mu się wydać czymś niebywałym.

Na ów wspólny, jedyny w Polsce występ w Warszawie złożyły się klasyczne tanga argentyńskie: El Choclo i La Cumparsita w nowoczesnych aranżacjach Daniela Binellego, autorskie tanga Binellego znane z wersji z orkiestrą i słynne Libertango – Astora Piazzoli. Przearanżowane na kwintet utwory Frankowskiego jawiły się na ich tle czymś zupełnie wyjątkowym. Siedząca naprzeciw siebie publiczność, z pełnych ludzi i papierosowego dymu knajpek, w których pojedyncze pary w rytm tanga uczą się języków swoich ciał, mogła przenieść się nagle poza miejską przestrzeń mrocznych ulic Buenos, na dalekie przedmieścia Europy, Krakowa dajmy na to, albo Nowej Huty, których architekturę tworzą rzędy wysokich zwyczajnych sosen i  pojedyncze wieżyczki małych kościołów. Podobnie jak "Global Bridge", "Tango Reunion" łączy latynoamerykańki temperament z  kunsztem jazzowej stylizacji i słowiańską żarliwością.

Każdemu zaprezentowanemu podczas koncertu tangu Polly Ferman dedykowała krótką opowieść o tym, jak powstało, o czym opowiada i czym jest dla muzyków na scenie. Frankowski, kiedy przedstawiał artystów i mówił o tym, jak doszło do tego, że zagrali razem, mówił o tangu, jak o języku, którym mogą porozumiewać się ludzie z różnych stron świata. - A jednak... byłam niemową – pomyślałam na wspomnienie szkolnych lekcji tańca, gdy staliśmy i klaskaliśmy na bis. Muzycy wyszli na scenę ponownie, raz jeszcze i znowu – przecież nie wiadomo, kiedy znowu się spotkamy. I cóż z tego, ze podróż trwała tak długo...

Koncert, który 6 października 2011 roku odbył się w OCH-Teatrze, wieńczył trwającą przez ponad rok artystyczną współpracę Daniela Binellego i Grzegorza Frankowskiego. Wspólne przedsięwzięcie muzyków zaowocowało wydaniem płyty "Tango Reunion Live 2010", drugiej po płycie "Global Bridge", zrealizowanej w ramach projektu pn. "Tango Bridge". Projektowi, którego inicjatorem jest Frankowski, przyświeca idea budowania międzynarodowych pomostów muzycznych. Ideę tę i realizację projektu wspiera Ambasada Argentyny w Polsce. Spotkanie (reunion – tłumaczone też jako: ponowne połączenie) wybitnych instrumentalistów, których łączy pasja i zainteresowanie tangiem, zaowocowało powstaniem unikalnego materiału muzycznego, na który składają się utwory Astora Piazzoli, klasyczne tanga argentyńskie w wersji kanonicznej i w nowoczesnych aranżacjach, autorskie tanga Binellego oraz utwory Grzegorza Frankowskiego. dm


do góry ^

© 2011-2017 Plakat Club. Wszelkie prawa zastrzeżone.